piątek, 30 września 2016

Benjamin Alire Saenz „Inne zasady lata”


„Są takie słowa, których nigdy nie nauczę się literować.”

Przeczytałam ją w jeden dzień i była po prostu piękna.

Na całą gamę zalet, które później opiszę, są dwie wady. Pierwsza nie boli mnie tak bardzo – zmiana oryginalnej okładki. Wolałabym, żeby ją zostawili taką, jaka była, jednak to zdjęcie jest naprawdę dobrze zrobione i pasuje do całości. Tytuł jednak już jest kompletnie inną bajką. Może i w pewien sposób podsumowuje fabułę, jednak nie jest ani trochę tak dobry jak oryginalny. Nie rozumiem, czemu to zrobili, po co im to było, ale mnie się to nie podoba. Angielski tytuł ma coś w sobie (choć jest nieco długi), bo przekazuje czytelnikowi, że książka ta jest głównie o podróży i poznawaniu samego siebie oraz świata. Przedstawia też piękną historię przyjaźni i więcej.

Głównymi bohaterami są Arystoteles, czyli Ari, chłopak posiadający wiele zasad oraz Dante, ten, który nawet gdy płacze, jest piękny. Poznają się oni pewnego lata, kiedy to pierwszy z nich postanawia nauczyć się w końcu pływać. Oczywiście, jak zrządzenie losu chciało, akurat jest tam nasz przystojniak i oferuje mu pomoc. Tym sposobem zaprzyjaźniają się, a ich oddanie dla siebie nawzajem szybko przekracza przyjętą granicę. Prowadzi to do pewnych zdarzeń, które mają ogromny wpływ na życia każdego z nich oraz na łączącą ich więź. Wymijają się po drodze, błądzą, szukają siebie samych i tego drugiego. 

Styl pisania nie jest najwyższych lotów. Żadna książka z kategorii Young Adult nie dorównuje choćby dla przykładu Dostojewskiemu, ale "Inne zasady lata" jest zdecydowanie lepiej napisana od niektórych „bestsellerów”, które według mnie są na poziomie fanfiction (a często nawet niższym). Z początku miałam wrażenie, że dialogów jest nieco za dużo, bo przeważały nad opisami, jednak w miarę zagłębiania się w tę historię zauważyłam, że nadaje to akcji dynamiczności. Nie ma miejsca na zbędne przedłużanie. Można powiedzieć, że „wszystko płynie”, a czytelnik zostaje porwany w ten nurt zdarzeń. 

Postacie uzupełniają się nawzajem. Każda z nich jest osobnym elementem układanki, która po złożeniu w całość nabiera właściwych kształtów. Osobiście kocham takie powieści. Wszyscy coś wnoszą do historii, nawet jeśli pojawili się na zaledwie kilka stron, co doprowadza do tzw. efektu domina. Jedna coś zrobiła, druga się obwiniała, a wszyscy byli nieszczęśliwi przez ich nieszczęście. Najbardziej jednak podobała mi się relacja Dantego i Ariego, którzy to mieli na siebie nawzajem największy wpływ. Przemiana ich obu od początku do końca jest niesamowita. Każda wewnętrzna rozterka, każda rozmowa, każda walka z przeciwnościami – wszystko to razem złożyło się na ukształtowanie charakterów tych dwóch chłopaków. Dlatego właśnie najpiękniejszym aspektem tej książki było pokazanie, że można zwyciężyć przeciwności losu. 

Trzeba być dobrym człowiekiem, lojalnym przyjacielem, rozpychać się łokciami i kolanami, a przede wszystkim nie można się wstydzić tego, kim się jest. Nieważne, czy chodzi o orientacje, czy o kolor skóry, czy o religię, którą się wyznaje. Tylko bycie sobą pozwoli nam na doznanie wolności i szczęścia. 

Gorąco polecam. Płakałam dwa razy, ale nie jestem typem osoby, która się nie wzrusza, więc nie powinno to nikogo dziwić. Wielu z was na pewno też płakało, a jeśli jeszcze nie czytaliście, na pewno się wam to przytrafi.